wtorek, 24 listopada 2015

Ten, w którym Dzoana prawie spotyka Dżina

Cześć Ananasie,

Piszę do Ciebie ten list z odległego, zachodniego kraju, z Hiszpanii. Przepraszam Cię za spore opóźnienie. Wiesz, to przez zmianę klimatu ;). Po za tym, ostatnio pracuję 8 godzin dziennie, do tego jeszcze 2 godziny marnuję w pociągach i jak wracam do domu, to tylko jem kolację, biorę prysznic i prawie od razu idę spać.

Taka rutyna. Na szczęście mam wolne weekendy, które staram się wykorzystywać jak najlepiej.  Pozwól, że opiszę Ci moje wrażenia z ostatniej wycieczki do Granady. Wyobraź sobie autostradę. Powoli opuszczasz cywilizację. Oddalasz się od rozświetlonego Madrytu i wraz z odległością na niebie pojawia się coraz więcej gwiazd. Potem widzisz góry. Najpierw niskie z drzewami oliwnymi, potem te wyższe, bardziej skaliste, a na końcu Sierra Nevada - wierzchołki pokryte śniegiem.

Przejeżdżasz przez trzy długie tunele rzeźbione w skałach, za którymi pojawia się miasto. Najpierw zwykła dzielnica robotnicza z blokowiskami, potem nowe miasto z pięciopiętrowymi barokowymi kamienicami i główną arterią miasta - Gran Vía, bardzo podobną do tej z Madrytu, a na końcu widzisz stare dzielnice pełne niskich, białych budynków. Jasne domki „wspinają” się od doliny rzeki Genii na dwa wzniesienia . Na szczycie pierwszego zbudowano Alhambrę, a drugi wieńczy mały kościół. Ulice bywają tak ciasne, że jak przejeżdżają samochody to musisz przytulić się do ściany, żeby nie zostać potrąconym. Miejscowi mają już taki nawyk. Jak tylko słyszą w oddali samochód, automatycznie ustawiają się rzędem, plecami do muru.

Historia miasta jest związana z arabskim panowaniem na Półwyspie Iberyjskim . Była to ostatnia twierdza arabska, jaka poddała się naporowi Chrześcijan w 1492 roku. Najsłynniejszy zabytek Granady – zespół pałacowy Alhambra został zbudowany w XIII wieku przez mauretańskich kalifów. Już dawno nic mnie tak nie urzekło! Jak pewnie pamiętasz z lekcji historii, muzułmanie ze względów religijnych nie mogą przedstawiać w sztuce i architekturze postaci ludzkich. Zakaz ten sprowokował gwałtowny rozwój  orientalnej, misternej sztuki dekoracyjnej. Przykłady znajdziesz na dołączonych zdjęciach. Na pewno kojarzysz też charakterystyczne drzwi i okna w kształcie dziurki od klucza oraz lampy Alladyna. Widziałam to wszystko! Niestety nie mogłam sprawdzić, czy w środku lampy mieszka Dżin. Pocieranie było zabronione.

Granada leży w Andaluzji, czyli w regionie flamenco. Chcieliśmy zobaczyć pokaz tego tańca, i śpiewu ale niestety zapomnieliśmy zarezerwować bilety. Może i dobrze, bo przepłacilibyśmy. Wejściówki były dość drogie, a podobne przedstawienie mogliśmy zobaczyć za darmo na ulicy w wykonaniu Cyganów i drugi raz w restauracji, podczas obiadu.

Ej, jeśli myślałaś, że hipisi to już przeżytek lub przeszłość, to musisz tam zajrzeć. Toż to prawdziwy zalew dzieci kwiatów!  Możesz nawet wyposażyć się w specjalne ubrania i dodatki. Pełno tego na ulicach. Znałyśmy osobę, która z pewnością poczułaby się tu swojsko i szczęśliwie. Szkoda, że nie może już odwiedzić Granady.





Peace and love dla Ciebie i Doroty!


Dzoana

środa, 11 listopada 2015

Ten zaduszkowy

Droga Dżoano,

Widzę, że wchodzimy na poważne, a nawet bardzo poważne tematy. Ale to dobrze, bo w życiu musi być na to miejsce. Naprawdę zainteresowało i poruszyło mnie to co napisałaś. W dodatku podziwiam Cię, że w tak szczery sposób potrafiłaś napisać o swoim problemie.

Jest listopad - czas bardzo refleksyjny. Obchodzimy Wszystkich Świętych, zaduszki, Dzień Niepodległości. Osobiście nie przepadam za pierwszym z tych świąt, bo dla mnie to za dużo ludzi, za szybko i w ogóle za dużo wszystkiego. Ale kolejny dzień jest zupełnie inny. Na spokojnie można odwiedzić groby bliskich, zatrzymać się, wspomnieć... Chciałam Ci napisać, w nawiązaniu do zaduszek, gdzie wczoraj byłam razem z Małżonem. Otóż mieliśmy zaszczyt wysłuchać koncertu poetycko - muzycznego pt. "Za duszki, za duszeńki, za dusze". Występ zorganizowany m.in. przez naszego ulubionego nauczyciela ze szkoły podstawowej, który zresztą zadeklamował swoje dwa wiersze :) Zespół występował w kameralnej sali przy blasku świec, na tle pięknej dekoracji.

Gitara, flet, wokal męski i kobiecy. Powiem Ci, że odpłynęłam. Dawno nie słyszałam tak ciepłych i delikatnych głosów... Naprawdę to było coś tak innego od tego co słyszy się obecnie w radio i widzi w telewizji. Świetne interpretacje autorskich wierszy oraz piosenki śpiewane prawie szeptem pozwalały na wsłuchanie się w tekst (co nie zawsze jest możliwe przy współczesnym wydzieraniu się "piosenkarek i piosenkarzy"). Było refleksyjnie, lecz nie smutno. Szkoda, że nie mogłaś tego posłuchać...

Miałam napisać jeszcze o obchodach Święta Niepodległości w naszym kościele, ale nie będę psuła tego idyllicznego nastroju z wczorajszego koncertu. W związku ze zmianami jakie nastąpiły w naszym kraju, napiszę tylko jedno: Boże miej nas w swojej opiece!

Pozdrawiam

Ananas