niedziela, 21 lutego 2016

Ten, który jest powtórzeniem

Cześć Ananasie,

Książkę „Artur Rojek. Inaczej” przeczytałam już dawno. W dwa lub trzy dni po otrzymaniu Twojego listu. Powiedzmy, że podobała mi się ona tak bardzo, że nie mogłam się pozbierać aż do dziś. Stąd tak późna odpowiedź.

Jeżeli chodzi o płytę „Składam się z ciągłych powtórzeń”, to od pierwszego przesłuchania zakochałam się w kawałku „Lato 76”. Porusza mnie w nim to, że inspirowany jest prawdziwym zdarzeniem z życia artysty, który jako dzieciak nieomal nie został potrącony przez samochód. Stąd tekst pierwszej zwrotki: „Lato ’76/Niewiele chciałem mieć /Gdybyś nie zahamował /Nie byłoby mnie...”. Kiedy słucham tego kawałka, zawsze wydaje mi się, że muzyka i śpiew dochodzą do mnie gdzieś z oddali. Tak samo jak odległe zdają się być wspomnienia z dzieciństwa.

Biografia naszego ulubionego muzyka… to jest coś. Tylko wyobraź sobie, co by się z nami działo, gdyby ta książka została wydana paręnaście lat temu, w czasach kiedy nagrywałyśmy koncerty Myslovitz i trójkowe wywiady z grupą na kasety magnetofonowe, a każda o nich wzmianka powodowała przyspieszone bicie serca. Kompletny szał i zawał serca! Dzisiaj jest zdecydowanie łatwiej być zafascynowanym nastolatkiem. Tylko gdzie się podziała magia niedosytu?

Moja ogólna konkluzja po przeczytaniu wywiadu jest taka, że Artur Rojek to porządny człowiek, który ma dobrze w głowie poukładane. Wydaje mi się, że jako nastolatki całkiem nieźle dobrałyśmy sobie idola. Jednak, zamiast szczegółowej recenzji chciałabym podzielić się z Tobą i z naszymi czytelnikami cytatami, które zaznaczyłam sobie w książce:

O życiu i o stylu życia Artur Rojek mówi tak:
„Nie wierzę w świat bez cierpienia. Imponują mi mocni ludzie, ale poruszają mnie też słabsi. I wkurzają tacy, którzy wyczuwając słabość i wykorzystują ją w walce z drugim.”
„Myślę, że sam mógłbym mniej i wolniej pracować, ale dałem się wkręcić w system, który mówi, że muszę zarabiać, bo tyle wokół jest dóbr, na które powinienem wydawać pieniądze. Ktoś mnie złapał i wkręcił w ten system, a ja się niedostatecznie bronię.” 
„Żyć inaczej znaczy często trudniej. Więc nie warto się męczyć, jeśli nie ma w tym czegoś fascynującego. Wchodzę w różne rzeczy nie po to, żeby imponować alternatywą, tylko dlatego, że tam bywają sprawy, ludzie, zjawiska, które są dla mnie albo inspirujące, albo przyjemne, albo ciekawe. Jakoś tak się składa, że moje wybory są inne od powszechnych, choć dla mnie to nie jest żaden powód do dumy, to moja naturalna życiowa ścieżka. Nie lubię też chodzenia na skróty: wolę popracować dłużej niż wypuścić coś, z czego nie jestem do końca zadowolony. Że trudniej? No to trudno.”

W wywiadzie artysta sporo miejsca poświęcił dzieciństwu i dziadkowi. AR przytacza wiele zabawnych sytuacji z jego udziałem. Na przykład taką, która mnie osobiście bardzo rozbawiła, gdyż jeden z członków mojej rodziny ma podobne skłonności do samopomocy: 
„Kiedyś, jak uwierała go sztuczna szczęka, to poszedł do ogródka, wyjął z szuflady pilnik i podpiłował ją sobie pilnikiem. Pasowała.”
Kolejną ciekawą osobowością z książki był trener pływania: 
„Pamiętam zbiórkę, podczas której powiedział: „Jak nic nie osiągnęliście, to musicie do mnie mówić »proszę pana«, jak zdobędziecie medal na mistrzostwach, możecie się zwracać »panie trenerze«. A jak pojedziecie na olimpiadę, mówcie do mnie »Leszek«”.”
Podczas lektury zastanawiałam się jak ty oceniłabyś metody wychowawcze pana trenera Leszka?

Ubolewam nad tym, że książka zniszczyła moją, nieco wyidealizowaną wizję zespołu Myslovitz, zgranej paczki muzyków-amatorów ze Śląska, grających wyłącznie dla sztuki. Oto kilka cytatów opisujących dlaczego tak nie było:
„Najbardziej cenię pierwsze piosenki Myslovitz: Good Day My Angel, Moving Revolution, Papierowe skrzydła, Deszcz. Z czasów, gdy mieliśmy kiepskie gitary, nie wiedzieliśmy, co to stroiki. Ale pisaliśmy piosenki dlatego, że bardzo tego chcieliśmy, nie dlatego, że mamy zespół, więc trzeba nagrać nową płytę, zaskoczyć czymś na koncertach. One były przeżyte, nie wykoncypowane. Zero wyrachowania. To była naprawdę nasza muzyka, chcieliśmy ją pokazać światu bez kombinowania, czy nam się to opłaci, czy nie. Ilu ludzi ją kupi, czy menedżer będzie zadowolony, co napiszą dziennikarze. Ta płyta była z nas. Włącznie z szatą graficzną, czarno-białymi zdjęciami dzieci. Wytwórnia próbowała się wtrącić tylko raz, przysyłając do nas stylistkę, ale gdy kazała nam się przebierać, to posłaliśmy ją w diabły. My wiedzieliśmy, jak mieliśmy wyglądać.” 
“Jeździliśmy razem, ale unikaliśmy siebie. Nie gadaliśmy, nie rozwiązywaliśmy problemów. Jeden obciążał drugiego winą.” 
„Na scenie mieliśmy stać w półkręgu, żeby wszystkich było dobrze widać, konferansjer musiał zwracać uwagę, żeby zapowiadać zespół i nie wspominać o Rojku, na zdjęciach najlepiej, gdybym nie stał na środku, i tym podobne...”
O sytuacji w zespole podczas prób rozkręcania kariery za granicą:
„Już ze sobą nie gadaliśmy, w powietrzu wisiała frustracja, że gramy trzy lata bez efektu, nic się nie dzieje, może się zmieni, a może nie. W dodatku miałem wrażenie, że pozostali członkowie zespołu obciążają mnie winą za to, co się dzieje.”
Podobnie jak ja, AR bardzo lubi podróżować. Oto kilka fragmentów na temat:
„Sudańczycy jednak to bardzo mili, ciepli ludzie, bardzo przyjaźnie nas przyjmowali. Żadnej niechęci, agresji. To ja miałem problem. Spadłem z homogenicznej Polski, w której odmienność jest wyjątkiem. Znalazłem się w miejscu, gdzie wszystko było wyjątkowe. Byłem bliski paranoi. Nie było tam niczego, czego mógłbym się złapać, co byłoby znajome, rozpoznawalne, pochodziło z mojej rzeczywistości.” 
 „Na Węgrzech byłem z piętnaście razy. Najlepiej zapamiętałem miejscowość Sopron blisko granicy z Austrią. Tam było inaczej niż w Polsce: zajadaliśmy się lodami o smaku pistacji i arbuzami, tam pierwszy raz zobaczyłem buty na przylepce... Na rzepy. Właśnie. Do dziś pamiętam swój przestrach, gdy ujrzałem je w sklepie. Podszedłem – nie ma sznurówek, próbowałem sprawdzić, co to za cuda i... odkleiłem rzep. Byłem pewien, że zepsułem.” 
Bardzo spodobało mi się podejście Artura Rojka do muzyki, rozumianej jako poszukiwanie:
 „Dla przyjemności zawsze będę słuchał prostej gitarowej muzyki, ona jest we mnie najgłębiej. Ale chcę wiedzieć, co się dzieje gdzie indziej, penetruję gatunki, płyty, szukam. Wystarczy, że ktoś rzuca nazwiskiem, że fajne, a już w to wchodzę, słucham jednej płyty, potem następnej. I czasem zapędzam się w rejony, które mnie samemu są obce. Prawdziwa przyjemność to poszukiwanie i poznawanie. To, co dla kogoś, kto lubi prostą gitarową muzykę i do niej się ogranicza, jest nudą, dla mnie bywa kreatywne i inspirujące.”
W książce nie mogło zabraknąć komentarzy dot. polityki i mediów:
„Globalne myślenie, odpowiedzialność za świat – to dla mnie zbyt dalekie, ja tego nie ogarniam. Muszę włożyć tyle wysiłku i czasu, by uporządkować świat wokół mnie, że nie mam już ani siły, ani ochoty zbawiać całej ludzkości. Wolę zająć się porządnie swoim małym kawałkiem przestrzeni i bliskimi mi ludźmi niż rozmieniać się na drobne.” 
„Pomyśl tylko, o ile codzienność ostatnich, powiedzmy, dziesięciu lat byłaby spokojniejsza, gdybyśmy żyli bez telewizji, radia, portali, gazet? Gdybym mieszkał na wsi, doglądając marchewek i gruszek, nie analizowałbym polityki międzynarodowej, nie żyłbym w strachu, nie gadałbym o strachu i nie przekazywałbym tego strachu dalej.” 
O żonie Ani i o miłości AR mówi tak:
 „Mieliśmy z chłopakami w ogólniaku taki zwyczaj, że po lekcjach stawaliśmy przed szkołą i patrzyliśmy na wychodzące dziewczyny. Dyskutowaliśmy, które są fajne. I kiedyś wyszła ona.” 
„To dla mnie bardzo głębokie. Ludzie, którzy nie kochają siebie i innych, żyją w zamęcie. Bo miłość porządkuje chaos świata i daje spokój. Nic tego nie zastąpi: ani rozbijanie się zajebistymi samochodami, ani sukces zawodowy, podziw, majątek czy supergadżety.” 
„To ciężka codzienna praca. Nie wolno sobie odpuszczać. Wobec drugiej osoby trzeba być uważnym, skupiać się na niej, patrzeć na nią, słuchać jej. I trzeba rozmawiać o tym, co się czuje. Nie wolno się zatrzymywać, rozleniwiać.” 
„ Ale wiesz, co najbardziej zapamiętałem z dzieciństwa? Jak babcia z dziadkiem idą przez park, trzymając się za ręce.”
Niezwykłych fragmentów było oczywiście w książce o wiele więcej, ale mój list zrobił się już tak długi, że wypadałoby go skończyć. Czytelnikom przypominam, że wszystkie cytaty pochodzą z książki „Artur Rojek. Inaczej” autorstwa Aleksandry Klich i Artura Rojka.

Pozdrawiam Cię serdecznie,


D

poniedziałek, 8 lutego 2016

Ten, w którym wszystko jest Inaczej



Hej Dżo :D

Najbardziej depresyjny dzień w roku minął niepostrzeżenie na
szczęście. Nijak nie mogłam podstawić liczb pod ten wzór. Czasami
myślę, że naukowcy są szaleni :)

Chciałabym Ci napisać tym razem o pewnej książce, a dokładniej
biografii naszego guru, idola, obiektu westchnień z czasów nastoletnich.
Tak, tak to biografia Artura Rojka! Choć minęło już pare(naście) lat
od czasu, gdy byłyśmy kompletnie zafiksowane na punkcie Myslovitz, to ja
nadal czuję do nich, a przede wszystkim do Rojasa, wielką sympatię.

Autorem biografii jest Aleksandra Klich i Artur Rojek. Napisana jest w
formie wywiadu, czyta się ją lekko i przyjemnie. Pełen relaksik. Składa się z ciągłych powtórzeń… żartuję oczywiście J Składa się z dwudziestu rozdziałów plus fotografie. Artur opowiada o swoim dzieciństwie, rodzinie, trochę o Myslovitz, o Mysłowicach, o tym z czego czerpie inspiracje do pisania tekstów. No wiesz w zasadzie to o wszystkim tym, co jest lub było dla niego ważne. Nie będę zdradzać zbyt wiele, bo pewnie jeszcze dziś zaczniesz sama czytać tę biografię (sprawdź pocztę). Powiem jedynie, że kilka rzeczy mnie zaskoczyło podczas lektury. Po pierwsze nie wiedziałam, że sport w życiu AR jest na tak znaczącym miejscu. Po drugie, zmieniłam zdanie o jednym członku Myslovitz, niestety na bardziej negatywne (myślę, że domyślasz się o kim piszę, a jak nie to po przeczytaniu na pewno będziesz wiedziała). Po kolejne, fajnie, że Rojek potrafi się przyznać do swoich wad. I najważniejsze on ogromnie kocha swoją żonę! To się czuję w każdym zdaniu, w którym o niej wspomina (to prawie tak jak mój MałżonJ). A no i bardzo się uśmiechnęłam jak zobaczyłam na końcu zdjęcie małego Artura.

Więcej zdradzać nie będę. Sprawdź sama, ja gorąco polecam! Acha, zapomniałam o najważniejszym, czyli tytule. Brzmi on Artur Rojek. Inaczej

P.S. To moja ulubiona piosenka z płyty Składam się z ciągłych powtórzeń. A jaka jest Twoja?

wtorek, 12 stycznia 2016

Ten, który ma podkręcić statystyki

Najdroższa Ananasko!

Wybaczam, chociaż czasem miałam już chęć przejść się do Ciebie z pochodnią, żeby jakoś Cię sprowokować do pisania i wzniecić ogień Twojej weny. Powstrzymałam się jednak i postanowiłam, że nie będę nawracać ogniem. Cierpliwość opłaciła się :).

Piszesz o postanowieniach noworocznych, a już 18 stycznia, czyli za niecały tydzień Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. Powtórzę za Wikipedią, że jest to pseudonaukowe pojęcie, wprowadzone przez psychologa Cliffa Arnalla. Zaproponował on taki oto prześmieszny wzór, opisujący stan zdrowia psychicznego:


Literki oznaczają co następuje: W to pogoda, D – dług, d – miesięczne wynagrodzenie, T – Czas, który upłynął od Świąt, Q – niedotrzymanie postanowień noworocznych, M – niski poziom motywacji,  Na – poczucie konieczności podjęcia działań. 

Jak to wszystko zmierzyć? Nie mam pojęcia. Nawet nie będę próbować. Ważne jest to, że masz niecałe 7 dni aby poprawić swoje Q! Z Twojego listu wywnioskowałam, że M masz już raczej niezłe, więc nie jest aż tak tragicznie i może chandra Cię ominie.

Ja nie muszę niczego poprawiać, no może za wyjątkiem d. W tym roku nie zrobiłam żadnych szczególnych postanowień i planów, ujętych w listę. Mam tylko taką drobną sugestię do siebie, żeby się nie śpieszyć, nie dociskać i w razie możliwości robić to, na co mam aktualnie ochotę. Tak więc, mój 2016 zapowiada się całkiem miło i niezwykle tajemniczo :). 

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci owocnego Nowego Roku, a naszemu blogowi, jeszcze większej ilości wiernych czytelników.

Twoja na zawsze, 
Dzoana

Ps. Mam nadzieję, że tą błyskawiczną odpowiedzią na Twój list poprawię nieco nasze S, czyli statystyki :P.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Ten, w którym Ananas znowu nie ćwiczy

Najdroższa Dżoano!

Wybacz tę długachną przerwę. Nie chcę usprawiedliwiać się dzieckiem, świętami i obowiązkami domowymi, ale to zrobię ;) Przepraszam jeszcze raz z całego serca!

Zazdroszczę pobytu w Hiszpanii i tych pięknych widoków. Może nam też się kiedyś uda tam wybrać.

Długo zastanawiałam się o czym Ci napisać, bo dzieję się naprawdę dużo, zwłaszcza w sferze polityczno - społecznej. Stwierdziłam jednak, że ten temat sobie odpuszczę i na fali postanowień noworocznych napiszę o moich, głównie o jednym najważniejszym dla mnie.

Jak znaczna większość osób z nadchodzącym Nowym Rokiem postanowiłam sobie kilka rzeczy. Obowiązkowo my number one to, że wezmę się za siebie i zacznę ćwiczyć. Ćwiczyłam jeden dzień :D No trudno nie udało się... Kolejne postanowienie - nie jem słodyczy. Kurde, tak szczerze to jem jeszcze więcej. Kolejna klapa. Postanowiłam sobie jeszcze, że odświeżę swoją garderobę i wiesz co? Udało się! Zaszalałam na zakupach i postanowienie spełnione :D Ale najważniejsze przede mną. W tym roku muszę zmienić pracę. To jest mój priorytet. Naprawdę kochałam swoją dotychczasową robotę, ale po zmianach jakie w niej zaszły nie widzę w niej dla siebie miejsca. Niestety... Mam jednak nadzieję, że wszystko się jakoś poukłada. Determinacji mi nie brakuje :)

Cieszę się, że udało mi się podtrzymać tradycję i nie wytrwać w moich corocznych dwóch postanowieniach :) Trzymaj jednak kciuki za to najważniejsze.

Kochana, może zdradzisz jakie są Twoje postanowienia noworoczne?

Pozdrawiam i całuję

Ananas


wtorek, 24 listopada 2015

Ten, w którym Dzoana prawie spotyka Dżina

Cześć Ananasie,

Piszę do Ciebie ten list z odległego, zachodniego kraju, z Hiszpanii. Przepraszam Cię za spore opóźnienie. Wiesz, to przez zmianę klimatu ;). Po za tym, ostatnio pracuję 8 godzin dziennie, do tego jeszcze 2 godziny marnuję w pociągach i jak wracam do domu, to tylko jem kolację, biorę prysznic i prawie od razu idę spać.

Taka rutyna. Na szczęście mam wolne weekendy, które staram się wykorzystywać jak najlepiej.  Pozwól, że opiszę Ci moje wrażenia z ostatniej wycieczki do Granady. Wyobraź sobie autostradę. Powoli opuszczasz cywilizację. Oddalasz się od rozświetlonego Madrytu i wraz z odległością na niebie pojawia się coraz więcej gwiazd. Potem widzisz góry. Najpierw niskie z drzewami oliwnymi, potem te wyższe, bardziej skaliste, a na końcu Sierra Nevada - wierzchołki pokryte śniegiem.

Przejeżdżasz przez trzy długie tunele rzeźbione w skałach, za którymi pojawia się miasto. Najpierw zwykła dzielnica robotnicza z blokowiskami, potem nowe miasto z pięciopiętrowymi barokowymi kamienicami i główną arterią miasta - Gran Vía, bardzo podobną do tej z Madrytu, a na końcu widzisz stare dzielnice pełne niskich, białych budynków. Jasne domki „wspinają” się od doliny rzeki Genii na dwa wzniesienia . Na szczycie pierwszego zbudowano Alhambrę, a drugi wieńczy mały kościół. Ulice bywają tak ciasne, że jak przejeżdżają samochody to musisz przytulić się do ściany, żeby nie zostać potrąconym. Miejscowi mają już taki nawyk. Jak tylko słyszą w oddali samochód, automatycznie ustawiają się rzędem, plecami do muru.

Historia miasta jest związana z arabskim panowaniem na Półwyspie Iberyjskim . Była to ostatnia twierdza arabska, jaka poddała się naporowi Chrześcijan w 1492 roku. Najsłynniejszy zabytek Granady – zespół pałacowy Alhambra został zbudowany w XIII wieku przez mauretańskich kalifów. Już dawno nic mnie tak nie urzekło! Jak pewnie pamiętasz z lekcji historii, muzułmanie ze względów religijnych nie mogą przedstawiać w sztuce i architekturze postaci ludzkich. Zakaz ten sprowokował gwałtowny rozwój  orientalnej, misternej sztuki dekoracyjnej. Przykłady znajdziesz na dołączonych zdjęciach. Na pewno kojarzysz też charakterystyczne drzwi i okna w kształcie dziurki od klucza oraz lampy Alladyna. Widziałam to wszystko! Niestety nie mogłam sprawdzić, czy w środku lampy mieszka Dżin. Pocieranie było zabronione.

Granada leży w Andaluzji, czyli w regionie flamenco. Chcieliśmy zobaczyć pokaz tego tańca, i śpiewu ale niestety zapomnieliśmy zarezerwować bilety. Może i dobrze, bo przepłacilibyśmy. Wejściówki były dość drogie, a podobne przedstawienie mogliśmy zobaczyć za darmo na ulicy w wykonaniu Cyganów i drugi raz w restauracji, podczas obiadu.

Ej, jeśli myślałaś, że hipisi to już przeżytek lub przeszłość, to musisz tam zajrzeć. Toż to prawdziwy zalew dzieci kwiatów!  Możesz nawet wyposażyć się w specjalne ubrania i dodatki. Pełno tego na ulicach. Znałyśmy osobę, która z pewnością poczułaby się tu swojsko i szczęśliwie. Szkoda, że nie może już odwiedzić Granady.





Peace and love dla Ciebie i Doroty!


Dzoana

środa, 11 listopada 2015

Ten zaduszkowy

Droga Dżoano,

Widzę, że wchodzimy na poważne, a nawet bardzo poważne tematy. Ale to dobrze, bo w życiu musi być na to miejsce. Naprawdę zainteresowało i poruszyło mnie to co napisałaś. W dodatku podziwiam Cię, że w tak szczery sposób potrafiłaś napisać o swoim problemie.

Jest listopad - czas bardzo refleksyjny. Obchodzimy Wszystkich Świętych, zaduszki, Dzień Niepodległości. Osobiście nie przepadam za pierwszym z tych świąt, bo dla mnie to za dużo ludzi, za szybko i w ogóle za dużo wszystkiego. Ale kolejny dzień jest zupełnie inny. Na spokojnie można odwiedzić groby bliskich, zatrzymać się, wspomnieć... Chciałam Ci napisać, w nawiązaniu do zaduszek, gdzie wczoraj byłam razem z Małżonem. Otóż mieliśmy zaszczyt wysłuchać koncertu poetycko - muzycznego pt. "Za duszki, za duszeńki, za dusze". Występ zorganizowany m.in. przez naszego ulubionego nauczyciela ze szkoły podstawowej, który zresztą zadeklamował swoje dwa wiersze :) Zespół występował w kameralnej sali przy blasku świec, na tle pięknej dekoracji.

Gitara, flet, wokal męski i kobiecy. Powiem Ci, że odpłynęłam. Dawno nie słyszałam tak ciepłych i delikatnych głosów... Naprawdę to było coś tak innego od tego co słyszy się obecnie w radio i widzi w telewizji. Świetne interpretacje autorskich wierszy oraz piosenki śpiewane prawie szeptem pozwalały na wsłuchanie się w tekst (co nie zawsze jest możliwe przy współczesnym wydzieraniu się "piosenkarek i piosenkarzy"). Było refleksyjnie, lecz nie smutno. Szkoda, że nie mogłaś tego posłuchać...

Miałam napisać jeszcze o obchodach Święta Niepodległości w naszym kościele, ale nie będę psuła tego idyllicznego nastroju z wczorajszego koncertu. W związku ze zmianami jakie nastąpiły w naszym kraju, napiszę tylko jedno: Boże miej nas w swojej opiece!

Pozdrawiam

Ananas

sobota, 31 października 2015

Ten, w którym Dzoana zderza się z Tajemnicą

Drogi Ananasie,

Też jestem bardzo niezadowolona z wyników wyborów. Moi faworyci przepadli. Nie mam żadnych reprezentantów w Sejmie. Wyjeżdżam. Polityka jest brutalna, ale na szczęście są memy! Oto moje ulubione:




Jutro Wszystkich Świętych. Myślę, że to dobra okazja do tego, żeby zastanowić się nad czymś naprawdę poważnym. Chodzi mi o wiarę w Boga. Przyznaję, to sprawa bardzo wielkiego kalibru, ale bardzo chciałam się z nią zmierzyć. 

Jak byłam za granicą, spotkałam na swojej drodze wiele osób, które określały siebie mianem ateisty. Było też wiele osób, które wierzyły w co innego, wyznawały inną religie, przekonania. To doświadczenie zachwiało moją równowagą i pewnością. Tak naprawdę nie jest trudno wierzyć w Polsce, w kraju, gdzie większość ludzi, bez względu na to czy chodzi, czy nie chodzi do kościoła zakłada istnienie Boga. Gdzie Bóg jest obecny w rozmowach, w mediach, wszędzie. Prawdziwym wyzwaniem jest wierzyć kiedy w około jest tyle niewiary. Kiedy jesteś w mniejszości.

Różnie reagowałam na taką sytuacje. Przeszłam od  rozpaczy, poprzez zaprzeczenie i zwątpienie aż do akceptacji i głębokiej zadumy. Myśli o wierze nie dawały mi spokoju, więc szukałam jakiegoś sposobu, jak tą pokaleczoną nadzieję w istnienie czegoś poza przywrócić i wzmocnić. Zwykle szukam odpowiedzi w książkach. Tak było i tym razem. Natknęłam się na książkę pt. „Cierpliwość wobec Boga” autorstwa Tomasa Halika, czeskiego księdza, teologa, filozofa i psychologa. Oto ona:


Spróbuję Ci opisać co takiego znalazłam w tej książce i co sprawia, że długo o niej nie zapomnę. Ksiądz Halik opisuje wiarę jako umiejętność życia „w przedsionku tajemnicy”. Gdyby wiara była pewnością musielibyśmy nazwać ją raczej wiedzą a nie wiarą. Autor zapewnia, że zna prawie wszystkie dowody zarówno na nieistnienie, jak i istnienie Boga. Mimo, że jest katolickim księdzem, nie opowiada się jednak zdecydowanie po żadnej stronie. W jego przekonaniu, jeżeli znaki obecności Boga byłyby aż tak banalnie osiągalne w naszej rzeczywistości, na przykład za pomocą metody naukowej, wiara stałaby się niepotrzebna, nie miałaby sensu.

 Życie z tajemnicą, tak samo jak z chorobą musi wiązać się z tytułową cierpliwością. Autor krytykuje w książce zarówno osoby, które twierdzą na pewno, że Bóg jest, jaki i takie, które twierdzą na pewno, że Boga nie ma. Takie osoby charakteryzują się według niego niecierpliwością. Są to albo ateiści, albo fundamentaliści religijni, albo entuzjaści zbyt łatwej wiary. Łączy ich to, że bardzo szybko potrafią uporać się z tajemnicą- Bogiem traktując go jak problem do rozwiązania. Nie potrafią żyć ze świadomością, że na chwilę obecną nie znają na coś odpowiedzi i dlatego uciekają na drogę zbyt łatwych rozstrzygnięć. W rezultacie zaprzestają poszukiwań. Stają się zamknięci i okopują się na swoich stanowiskach. Ludzie wierzący w kościele, ateiści, być może na forach internetowych i nawzajem się przekrzykują, nie starając się siebie słuchać.

Ludzie niepewni, małej wiary stoją gdzieś pomiędzy i obserwują, nasłuchują argumentów obu stron. Nie przestają pytać i nie przestają szukać. Są tak jak Zacheusz z Ewangelii św. Łukasza, który obserwował Jezusa z ciekawością, ukryty w gałęziach sykomory. Zacheusz zszedł z drzewa dopiero, kiedy Jezus do niego przemówił. Ale był też na Jego słowa otwarty, odczuwał pewną duchową tęsknotę i pragnienie. Kto wie, czy właśnie tacy ludzie nie są Bogu bliżsi. (W ubiegłą niedzielę ten fragment Ewangelii był czytany w Kościołach. Na próżno było jednak szukać jakiegoś odniesienia do tego czytania w kazaniu, przynajmniej u nas w kościele. A tak czekałam. Ale nie, bo wybory, bo Synod o zagrożeniach współczesnej rodziny.)

Ksiądz Halik poświęca bardzo dużo miejsca w swojej książce relacjom kościoła z ateistami. Jest daleki od spychania takich ludzi na margines. Już pierwsze zdanie książki bardzo intryguje: „Z ateistami zgadzam się w wielu sprawach, czasem niemal we wszystkim – z wyjątkiem ich wiary, że Bóg nie istnieje”. Mówi, że otwarcie się kościoła i wierzących na ateistów i ich poglądy wbrew pozorom nie osłabiłoby wiary, a jedynie uczyniłoby wiarę bardziej żywą, ponieważ obdarłoby ją z dziecięcej naiwności, zabobonu i niepotrzebnej tradycji, która zwalnia wierzących od zadawania pytań i refleksji nad tajemnicą Boga. Przypomina, że Kościół odróżnia od sekty to, że jest otwarty dla wszystkich. Także dla niewierzących. Nie bez powodu kiedyś świątynie były budowane tak, że istniała nawa główna i przedsionek, do którego mógł wchodzić każdy i obserwować. Może dzięki obserwacji w sercu ateisty również zagościłaby nadzieja?

Ananasie, nie potrafię opisać słowami wszystkich walorów tej książki. Moje streszczenie i refleksje są na pewno zbyt prostackie, w porównaniu do tego, co możesz w niej przeczytać. Dlatego bardzo Cię zachęcam. Książka czeka u mnie na półce.

Pozdrawiam,

Dzoana