wtorek, 24 listopada 2015

Ten, w którym Dzoana prawie spotyka Dżina

Cześć Ananasie,

Piszę do Ciebie ten list z odległego, zachodniego kraju, z Hiszpanii. Przepraszam Cię za spore opóźnienie. Wiesz, to przez zmianę klimatu ;). Po za tym, ostatnio pracuję 8 godzin dziennie, do tego jeszcze 2 godziny marnuję w pociągach i jak wracam do domu, to tylko jem kolację, biorę prysznic i prawie od razu idę spać.

Taka rutyna. Na szczęście mam wolne weekendy, które staram się wykorzystywać jak najlepiej.  Pozwól, że opiszę Ci moje wrażenia z ostatniej wycieczki do Granady. Wyobraź sobie autostradę. Powoli opuszczasz cywilizację. Oddalasz się od rozświetlonego Madrytu i wraz z odległością na niebie pojawia się coraz więcej gwiazd. Potem widzisz góry. Najpierw niskie z drzewami oliwnymi, potem te wyższe, bardziej skaliste, a na końcu Sierra Nevada - wierzchołki pokryte śniegiem.

Przejeżdżasz przez trzy długie tunele rzeźbione w skałach, za którymi pojawia się miasto. Najpierw zwykła dzielnica robotnicza z blokowiskami, potem nowe miasto z pięciopiętrowymi barokowymi kamienicami i główną arterią miasta - Gran Vía, bardzo podobną do tej z Madrytu, a na końcu widzisz stare dzielnice pełne niskich, białych budynków. Jasne domki „wspinają” się od doliny rzeki Genii na dwa wzniesienia . Na szczycie pierwszego zbudowano Alhambrę, a drugi wieńczy mały kościół. Ulice bywają tak ciasne, że jak przejeżdżają samochody to musisz przytulić się do ściany, żeby nie zostać potrąconym. Miejscowi mają już taki nawyk. Jak tylko słyszą w oddali samochód, automatycznie ustawiają się rzędem, plecami do muru.

Historia miasta jest związana z arabskim panowaniem na Półwyspie Iberyjskim . Była to ostatnia twierdza arabska, jaka poddała się naporowi Chrześcijan w 1492 roku. Najsłynniejszy zabytek Granady – zespół pałacowy Alhambra został zbudowany w XIII wieku przez mauretańskich kalifów. Już dawno nic mnie tak nie urzekło! Jak pewnie pamiętasz z lekcji historii, muzułmanie ze względów religijnych nie mogą przedstawiać w sztuce i architekturze postaci ludzkich. Zakaz ten sprowokował gwałtowny rozwój  orientalnej, misternej sztuki dekoracyjnej. Przykłady znajdziesz na dołączonych zdjęciach. Na pewno kojarzysz też charakterystyczne drzwi i okna w kształcie dziurki od klucza oraz lampy Alladyna. Widziałam to wszystko! Niestety nie mogłam sprawdzić, czy w środku lampy mieszka Dżin. Pocieranie było zabronione.

Granada leży w Andaluzji, czyli w regionie flamenco. Chcieliśmy zobaczyć pokaz tego tańca, i śpiewu ale niestety zapomnieliśmy zarezerwować bilety. Może i dobrze, bo przepłacilibyśmy. Wejściówki były dość drogie, a podobne przedstawienie mogliśmy zobaczyć za darmo na ulicy w wykonaniu Cyganów i drugi raz w restauracji, podczas obiadu.

Ej, jeśli myślałaś, że hipisi to już przeżytek lub przeszłość, to musisz tam zajrzeć. Toż to prawdziwy zalew dzieci kwiatów!  Możesz nawet wyposażyć się w specjalne ubrania i dodatki. Pełno tego na ulicach. Znałyśmy osobę, która z pewnością poczułaby się tu swojsko i szczęśliwie. Szkoda, że nie może już odwiedzić Granady.





Peace and love dla Ciebie i Doroty!


Dzoana

środa, 11 listopada 2015

Ten zaduszkowy

Droga Dżoano,

Widzę, że wchodzimy na poważne, a nawet bardzo poważne tematy. Ale to dobrze, bo w życiu musi być na to miejsce. Naprawdę zainteresowało i poruszyło mnie to co napisałaś. W dodatku podziwiam Cię, że w tak szczery sposób potrafiłaś napisać o swoim problemie.

Jest listopad - czas bardzo refleksyjny. Obchodzimy Wszystkich Świętych, zaduszki, Dzień Niepodległości. Osobiście nie przepadam za pierwszym z tych świąt, bo dla mnie to za dużo ludzi, za szybko i w ogóle za dużo wszystkiego. Ale kolejny dzień jest zupełnie inny. Na spokojnie można odwiedzić groby bliskich, zatrzymać się, wspomnieć... Chciałam Ci napisać, w nawiązaniu do zaduszek, gdzie wczoraj byłam razem z Małżonem. Otóż mieliśmy zaszczyt wysłuchać koncertu poetycko - muzycznego pt. "Za duszki, za duszeńki, za dusze". Występ zorganizowany m.in. przez naszego ulubionego nauczyciela ze szkoły podstawowej, który zresztą zadeklamował swoje dwa wiersze :) Zespół występował w kameralnej sali przy blasku świec, na tle pięknej dekoracji.

Gitara, flet, wokal męski i kobiecy. Powiem Ci, że odpłynęłam. Dawno nie słyszałam tak ciepłych i delikatnych głosów... Naprawdę to było coś tak innego od tego co słyszy się obecnie w radio i widzi w telewizji. Świetne interpretacje autorskich wierszy oraz piosenki śpiewane prawie szeptem pozwalały na wsłuchanie się w tekst (co nie zawsze jest możliwe przy współczesnym wydzieraniu się "piosenkarek i piosenkarzy"). Było refleksyjnie, lecz nie smutno. Szkoda, że nie mogłaś tego posłuchać...

Miałam napisać jeszcze o obchodach Święta Niepodległości w naszym kościele, ale nie będę psuła tego idyllicznego nastroju z wczorajszego koncertu. W związku ze zmianami jakie nastąpiły w naszym kraju, napiszę tylko jedno: Boże miej nas w swojej opiece!

Pozdrawiam

Ananas

sobota, 31 października 2015

Ten, w którym Dzoana zderza się z Tajemnicą

Drogi Ananasie,

Też jestem bardzo niezadowolona z wyników wyborów. Moi faworyci przepadli. Nie mam żadnych reprezentantów w Sejmie. Wyjeżdżam. Polityka jest brutalna, ale na szczęście są memy! Oto moje ulubione:




Jutro Wszystkich Świętych. Myślę, że to dobra okazja do tego, żeby zastanowić się nad czymś naprawdę poważnym. Chodzi mi o wiarę w Boga. Przyznaję, to sprawa bardzo wielkiego kalibru, ale bardzo chciałam się z nią zmierzyć. 

Jak byłam za granicą, spotkałam na swojej drodze wiele osób, które określały siebie mianem ateisty. Było też wiele osób, które wierzyły w co innego, wyznawały inną religie, przekonania. To doświadczenie zachwiało moją równowagą i pewnością. Tak naprawdę nie jest trudno wierzyć w Polsce, w kraju, gdzie większość ludzi, bez względu na to czy chodzi, czy nie chodzi do kościoła zakłada istnienie Boga. Gdzie Bóg jest obecny w rozmowach, w mediach, wszędzie. Prawdziwym wyzwaniem jest wierzyć kiedy w około jest tyle niewiary. Kiedy jesteś w mniejszości.

Różnie reagowałam na taką sytuacje. Przeszłam od  rozpaczy, poprzez zaprzeczenie i zwątpienie aż do akceptacji i głębokiej zadumy. Myśli o wierze nie dawały mi spokoju, więc szukałam jakiegoś sposobu, jak tą pokaleczoną nadzieję w istnienie czegoś poza przywrócić i wzmocnić. Zwykle szukam odpowiedzi w książkach. Tak było i tym razem. Natknęłam się na książkę pt. „Cierpliwość wobec Boga” autorstwa Tomasa Halika, czeskiego księdza, teologa, filozofa i psychologa. Oto ona:


Spróbuję Ci opisać co takiego znalazłam w tej książce i co sprawia, że długo o niej nie zapomnę. Ksiądz Halik opisuje wiarę jako umiejętność życia „w przedsionku tajemnicy”. Gdyby wiara była pewnością musielibyśmy nazwać ją raczej wiedzą a nie wiarą. Autor zapewnia, że zna prawie wszystkie dowody zarówno na nieistnienie, jak i istnienie Boga. Mimo, że jest katolickim księdzem, nie opowiada się jednak zdecydowanie po żadnej stronie. W jego przekonaniu, jeżeli znaki obecności Boga byłyby aż tak banalnie osiągalne w naszej rzeczywistości, na przykład za pomocą metody naukowej, wiara stałaby się niepotrzebna, nie miałaby sensu.

 Życie z tajemnicą, tak samo jak z chorobą musi wiązać się z tytułową cierpliwością. Autor krytykuje w książce zarówno osoby, które twierdzą na pewno, że Bóg jest, jaki i takie, które twierdzą na pewno, że Boga nie ma. Takie osoby charakteryzują się według niego niecierpliwością. Są to albo ateiści, albo fundamentaliści religijni, albo entuzjaści zbyt łatwej wiary. Łączy ich to, że bardzo szybko potrafią uporać się z tajemnicą- Bogiem traktując go jak problem do rozwiązania. Nie potrafią żyć ze świadomością, że na chwilę obecną nie znają na coś odpowiedzi i dlatego uciekają na drogę zbyt łatwych rozstrzygnięć. W rezultacie zaprzestają poszukiwań. Stają się zamknięci i okopują się na swoich stanowiskach. Ludzie wierzący w kościele, ateiści, być może na forach internetowych i nawzajem się przekrzykują, nie starając się siebie słuchać.

Ludzie niepewni, małej wiary stoją gdzieś pomiędzy i obserwują, nasłuchują argumentów obu stron. Nie przestają pytać i nie przestają szukać. Są tak jak Zacheusz z Ewangelii św. Łukasza, który obserwował Jezusa z ciekawością, ukryty w gałęziach sykomory. Zacheusz zszedł z drzewa dopiero, kiedy Jezus do niego przemówił. Ale był też na Jego słowa otwarty, odczuwał pewną duchową tęsknotę i pragnienie. Kto wie, czy właśnie tacy ludzie nie są Bogu bliżsi. (W ubiegłą niedzielę ten fragment Ewangelii był czytany w Kościołach. Na próżno było jednak szukać jakiegoś odniesienia do tego czytania w kazaniu, przynajmniej u nas w kościele. A tak czekałam. Ale nie, bo wybory, bo Synod o zagrożeniach współczesnej rodziny.)

Ksiądz Halik poświęca bardzo dużo miejsca w swojej książce relacjom kościoła z ateistami. Jest daleki od spychania takich ludzi na margines. Już pierwsze zdanie książki bardzo intryguje: „Z ateistami zgadzam się w wielu sprawach, czasem niemal we wszystkim – z wyjątkiem ich wiary, że Bóg nie istnieje”. Mówi, że otwarcie się kościoła i wierzących na ateistów i ich poglądy wbrew pozorom nie osłabiłoby wiary, a jedynie uczyniłoby wiarę bardziej żywą, ponieważ obdarłoby ją z dziecięcej naiwności, zabobonu i niepotrzebnej tradycji, która zwalnia wierzących od zadawania pytań i refleksji nad tajemnicą Boga. Przypomina, że Kościół odróżnia od sekty to, że jest otwarty dla wszystkich. Także dla niewierzących. Nie bez powodu kiedyś świątynie były budowane tak, że istniała nawa główna i przedsionek, do którego mógł wchodzić każdy i obserwować. Może dzięki obserwacji w sercu ateisty również zagościłaby nadzieja?

Ananasie, nie potrafię opisać słowami wszystkich walorów tej książki. Moje streszczenie i refleksje są na pewno zbyt prostackie, w porównaniu do tego, co możesz w niej przeczytać. Dlatego bardzo Cię zachęcam. Książka czeka u mnie na półce.

Pozdrawiam,

Dzoana


czwartek, 29 października 2015

Ten, w którym Ananas nadal nie może uwierzyć

Dżoano,

Powoli dochodzę do siebie po szoku jakiego doznałam w niedzielę wieczorem. Naprawdę nie sądziłam, że partia, której imienia nie chcę wymieniać, zdobędzie aż tyle mandatów! No ale trudno. Stało się. Tym razem "dali radę".

Te wybory były dla mnie chyba najbardziej zaskakujące ze wszystkich do tej pory. Po pierwsze dlatego że jedna partia zgarnęła wszystko, po drugie, że nie będzie w sejmie żadnej partii lewicowej. Choć nie jestem zagorzałą zwolenniczką lewego skrzydła, to uważam, że powinni oni znaleźć się wśród posłów, bo wtedy byłoby to jakieś odzwierciedlenie społeczeństwa. Jest jeszcze trzecia sprawa. Aż 238 nowych posłów (ciekawe tylko jakiej "jakości"). No i zabraknie oldbojów z PSL :D Coś czuję, że to będzie jazda bez trzymanki...

Ech... Mam nadzieję, że czarne scenariusze się nie spełnią, a Prezes nie zostanie Premierem. Na tym kończę mój list, bo od wyników brak weny i lekka rezygnacja. Ale jak to mówią pożyjemy, zobaczymy.

Trzymaj się gorąco!

Ananas

P.S. Malutki pozytywny aspekt wyników wyborów - memy :D Załączam jeden, ale obczaj więcej, bo warto :)

piątek, 23 października 2015

Ten o leku na wyborczą ignorancję

Drogi Ananasie,

Wybacz, że tak długo nie odpisywałam. Musiałam przeczytać i podkreślić książkę. Obowiązkowo. To był wyścig z czasem! Czułam się dokładnie jak wtedy, kiedy w którejś tam klasie podstawówki za późno zorientowałam się, że muszę przeczytać „W pustyni i w puszczy” na Polski.

Niech odpowiedzią na Twoją zagadkę z niedzieli będzie kawałek L.U.C z płyty zainspirowanej naszym ulubionym miastem Wrocław:

Co do drugiej części pytania, byliśmy na 8 mostach. Tak mi się wydaje. Obejrzałam dwa ciężkie foldery zdjęć z Wrocławia i policzyłam.

Naprawdę dziękuję Ci za te wspomnienia! Nasz wyjazd był świetny. A pamiętasz jak znaleźliśmy się w ogniu krzyżowym trzech manifestacji na Starym Rynku? Zwolenników legalizacji marihuany, uczestników rodzaju parady równości i jakiejś grupy narodowców? Bardzo podobał mi się też spektakl dźwięk i światło przed Halą Stulecia oraz bary pod nasypem kolejowym, na ul. Bogusławskiego. Taka sytuacja: pijesz  sobie spokojnie piwko, a tu nagle nad Tobą przejeżdża pociąg. Wszystko się trzęsie, słychać wielki huk. Ludzie zmuszeni są na parę sekund wstrzymać oddech i przerwać rozmowy. Potem wszystko wraca do normy. Fajne doświadczenie.  

We Wrocławiu wdzieliśmy też na żywo ówczesnego premiera Donalda Tuska i jeszcze Dariusza Rosatiego, jak sobie popijał kawkę w barze. To politycy, więc teraz mogę już spokojnie i bardzo zgrabnie przejść do najgorętszego tematu ostatnich tygodni, czyli do wyborów. Muszę Ci się przyznać, że w tym roku, inaczej niż zwykle prawie ogóle nie interesowałam się ani partiami, ani kampanią, ani niczym. Nawet nie obejrzałam żadnej debaty, bo byłam w pracy L. Wstyd.

No więc doigrałam się – jestem wyborcą ignorantem. Czy można temu jakoś zaradzić na dwie godziny przed ciszą wyborczą i dwa dni przed wyborami? Myślę, że jeszcze nie jest za późno. Wszystkim zagubionym (Ciebie oczywiście o to nie posądzam ;)), którzy chcą jednak spełnić swój obywatelski obowiązek i zagłosować świadomie, polecam odwiedzić stronę Latarnik Wyborczy. Znaleźć tam można test, dotyczący współczesnych problemów polityczno-społeczno-gospodarczych, po którego rozwiązaniu dowiemy się, która partia posiada program najbliższy naszym poglądom. 

Dla bardziej ambitnych sugeruję wejść na Mam Prawo Wiedzieć. Jest to serwis prowadzony przez aktywistów i wolontariuszy ze Stowarzyszenia 61, którzy przed każdymi wyborami wysyłają do kandydatów kwestionariusze, zawierające zestaw pytań o ich kompetencje, poglądy i cele strategiczne. W ten sposób tworzy się bogata baza informacji o politykach, dzięki której obywatele mogą lepiej poznać osoby startujące w ich okręgu. Korzystanie z serwisu jest bardzo przyjemne. W pierwszej kolejności wpisujemy miejscowość, w której mieszkamy i ustalamy okręg, w którym będziemy oddawać głosy. Następnie mamy możliwość a) wypełnienia kwestionariusza, jak na Latarniku Wyborczym i porównania swoich odpowiedzi z odpowiedziami startujących polityków lub b) przejrzenia listy wszystkich kandydatów i zapoznania się z wypełnionymi przez nich ankietami.

Na koniec tego listu chciałabym jeszcze raz zaapelować do Ciebie i innych: Idźmy na wybory! Każdy głos się liczy! (Wiesz, zawsze marzyłam o tym aby wypowiedzieć ten frazes publicznie, niczym Prezydent RP w orędziu do Polaków :D)

Do zobaczenia przy urnie,

Dzoana

niedziela, 18 października 2015

Ten o najlepszym serniku na świecie



Droga Dżoano,

Czasy Myslovitz to był naprawdę fajny okres w naszym życiu. Pamiętasz jak biegłyśmy ze szkoły, żeby zdążyć na „Trójkowy ekspres” prowadzony przez Pawła Kostrzewę? Miałyśmy na to coś koło pięciu minut i jakoś nam się to udawało (ale miałyśmy kondycję). A Twój pomysł na uczczenie rocznicy naprawdę bardzo fajny. Też lubię powracać do starych płyt. Ostatnio usłyszałam nawet w Trójce piosenkę, o której zupełnie zapomniałam, a którą bardzo lubiłam, a mianowicie „The humpty dumpty love song” zespołu Travis. Zrobiło mi się bardzo miło :) No ale czas na rozwiązanie zadanej przez Ciebie zagadki. Hmm, to chyba uderzenie w jakiś gong czy coś takiego. 

Czytając w Twoim liście fragment o rozpadzie Myslo, na myśl przyszła mi do głowy tylko jedna rzecz, a mianowicie nasze wypady do Wrocławia. Bo byliśmy we Wrocku trzy razy (tzn. Ty, ja i mój małżon razem we trójkę dwa razy, a trzeci raz ja z małżonem) i nie wiem czy pamiętasz, ale zawsze jak wyjeżdżaliśmy to rozpadał się jakiś zespół. Pierwsza wycieczka – koniec września 2011 r. – a tu szok i niedowierzanie, bo grupa R.E.M. ogłasza decyzję o zakończeniu działalności. Drugi wyjazd – początek maja 2012 r. – z Myslovitz odchodzi Rojas (dla mnie to jak rozpad zespołu). No i trzecia wyprawa – luty 2014 r. – koniec Cool Kids of Death (ubolewam do tej pory). Nie wiem jak to nazwać, ale to chyba jakieś fatum. Aż strach się bać jechać znowu do Wrocławia :D 
Kurczę, piszę cały czas o muzyce, a chciałam właśnie o Wrocku, a raczej o tym co najmilej z niego wspominam. Na początku muszę napisać, że zakochałam się w tym mieście od pierwszego wejrzenia (myślę, że Ty też) i raczej wszystkich ciekawych rzeczy nie dam rady opisać, bo zajęłoby to kilka stron, więc skupię się na najważniejszych dla mnie. Zacznę od wrocławskiego ZOO. Niektórzy stwierdzą, że to banalne, ale mi tam się naprawdę podobało, a najlepsze były owce i kozy, które przybiegały do żarcia. Pamiętasz? Teraz jest tam jeszcze Afrykarium, które budowali podczas naszej wizyty. Myślę, że może być ciekawe. Kolejną rzeczą, a właściwie rzeczami są murale, których we Wrocku jest mnóstwo. Wiele z nich widzieliśmy, bo przygotowałaś wspaniałą trasę po wrocławskich malowidłach ściennych i muszę przyznać, że niektóre są prawdziwymi dziełami sztuki. Na pewno od naszej ostatniej wizyty przybyło ich wiele (kolejny powód, żeby ponownie odwiedzić Wrocław). Tu ciekawa strona na ten temat http://www.wroclaw.pl/spacer-po-wroclawiu-tropem-murali. A teraz hit. Sernik podany przez Zorro :D Nie był on może jakiś wyborny, ale i tak warto go zamówić, bo ubaw jest po pachy. Aby tego doświadczyć trzeba odwiedzić restaurację Mexican na ul. Szewskiej. No i ostatni punkt na mojej liście. Jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny, najlepszy na świecie sernik w Czekoladziarni Wrocław znajdującej się przy ulicy Więziennej 31. Czegoś tak pysznego nie jadłam nigdzie indziej. Nie mogę się doczekać kiedy znowu go spróbuję! Poza tym można napić się tam obłędnej czekolady i zjeść pyszne praliny. Ty też na pewno pamiętasz te smaki. Na samą myśl ślinka mi cieknie :D Na koniec muszę jeszcze dodać, że we Wrocławiu zaskoczyli mnie ludzie. Przechodnie pytali nas (widząc nasze zagubienie w oczach) czy może nam w czymś pomóc. To było naprawdę miłe. Aaa i zapomniałam napisać, że we Wrocławiu jest zawsze piękna pogoda :)


Mam nadzieję, że Ty też miło wspominasz nasze zwiedzanie i podróże autem, które umilaliśmy sobie śpiewem :D Fajnie jest tak powspominać. Na koniec dołączam kilka fotek i również zadaję zagadkę (ale łatwiejszą): Ile mostów jest we Wrocławiu i na ilu z nich byliśmy?

Miłego liczenia!

Pozdro

Ananas



czwartek, 15 października 2015

Ten o pewnej psychodelicznej płycie

Ananasie,

Głęboko ubolewam nad Twoimi nocnymi zmianami. Ale nie martw się. Bezsenność co prawda może nieść za sobą negatywne skutki zdrowotne, ale tylko jak trwa dłuższy czas, np. 5 lat. Wydaje mi się, że to Ci chyba nie grozi i że już wkrótce twój Pierworodny sam dojdzie do wniosku że sen w nocy jest ok.

Ostatnio natknęłam się w radio na jubileuszowy koncert naszego ulubionego zespołu z czasów nastoletnich - Myslovitz. Mimo, że nie pochwalam decyzji o kontynuacji dzieła bez Artura Rojka, składam chłopakom najlepsze życzenia. Ja też postanowiłam uczcić 20 rocznicę powstania grupy. Zrobiłam to jednak trochę inaczej i sięgnęłam po zakurzoną, pierwszą płytę w dyskografii zespołu, zatytułowaną „Myslovitz” (1995). Chciałam sprawdzić jakie wrażenie robi ona na mnie dziś. Polecam Ci też taki eksperyment. Oto moje obserwacje:

Pierwszy utwór to „Kobieta”. Piosenka o uwodzeniu, zaśpiewana od początku do końca na dwa głosy, bardzo delikatnie i z dużą dozą „kobiecego czaru”. Zawsze myślałam, że poezja w tekstach Myslo pojawiła się później. Myliłam się. Mieli zaledwie po dwadzieścia kilka lat. To świadczy o wielkim talencie. „Wołasz mnie!” – doskonale pamiętam te słowa refrenu. Kiedyś bardzo często wykrzykiwałam tę linijkę w pokoju przed lustrem.

„Papierowe skrzydła”. Drugi utwór wydaje się być bardziej drapieżny. Traktuje o człowieku zafascynowanym życiem ptaków, który skacze z dachu, po to żeby chociaż przez chwilę poczuć się wolnym. Finał historii nie zaskakuje: „niezatrzymany, łagodnie upadł”. Piosenka bardzo ciekawa i niesztampowa, fajnie zmienia się tu tempo i klimat.

Pozycja nr trzy – „Myslovitz”. Zaraz, zaraz przecież pamiętam tą piosenkę a capella! – pomyślałam. Potem przypomniałam sobie, że wersja bez instrumentów pojawiła się na płycie „The Best off”, którą masz na półce. To powinien być hymn zespołu. Powinni go śpiewać pod koniec na każdym koncercie, razem z fanami. Wydaje mi się, że to piosenka o marzeniach. Tych odważnych i o patrzeniu przed siebie. W tamtych czasach chłopcy  z  pewnością marzyli o sławie i wielkiej karierze rockowej. Udało im się. Są dziś legendą i inspiracją dla wielu młodych zespołów. Utwór jest super szczery, świeży i młodzieńczy. Pamiętasz refren? „Wysoko nad nami pojawia się blask. Z półmroku, z otchłani wynurza się mgła”.

Kolejny utwór „Zgon”, adekwatnie do tytułu ma niepokojące intro gitarowe i szybkie tempo. Piosenka przywodzi mi na myśl środowisko z jakiego wywodzi się zespół. Mysłowice, typowe miasto na Śląsku. Szarość. Większość mężczyzn to górnicy lub robotnicy. Stereotypowe skojarzenie – twardzi, silni mężczyźni. Skąd się więc wzięli tam tacy wrażliwi artyści? Nie wiem. Co to znaczy „uprzedzić własny zgon” i jak to zrobić? Bohaterowie tekstu – murarze rozwiązują ten problem na dwa sposoby. Albo wracają do łóżek swoich żon, albo topią smutki w alkoholu, „który zwraca przeszłe chwile”.  Miłość lub ucieczka. Innego sposobu nie ma.

„Przedtem” - ballada grana na gitarze akustycznej. Piękny refren: „Widzę, ja widzę jak uśmiech zamieniony w słońce wysusza promieniem twe łzy”. Pamiętam, że chciałyśmy to kiedyś śpiewać na jakimś konkursie. Ale okazało się, że tonacja jest za niska! I do tego to śmieszne „ho ho ho ho”.  

„Krótka piosenka o miłości”.  To ta piosenka z akordeonem o kobiecie, która odchodzi w pewien „szaro-nieśmiały dzień”. Musisz koniecznie namówić swoją bratanicę, żeby to zagrała i w ten sposób przekazać nasze mysłowickie dziedzictwo ;).

„Maj”. Tu chyba zaczyna się spokojniejsza część płyty. Utwór o tajemniczym wielbicielu, który przygotowuje się na comming-out i z góry zakłada odmowę swojej wybranki. Spokojna, senna piosenka przemienia się gwałtownie z nadejściem refrenu, za sprawą desperackiego, głośnego wyznania miłości: „nie pozwól mi oddalić się, zapomnieć”. Pobrzmiewa tu jeszcze nadzieja. Potem wracamy do sennej konwencji.

„Wyznanie”. To tu można zderzyć się z charakterystyczną dla Myslo „ścianą dźwięku”. Kontrastuje ona bardzo wyraźnie z kobiecym i bardzo delikatnym głosem Rojka ‘a la druga płyta i poetyckim tekstem („kwiaty na słońcu”). Piosenka burzy zasadę że poezja wymaga ciszy. Hałas też jest dla niej dobry.   

Potem „nadchodzi deszcz, na ulicach pusto robi się”. Tytułowy „Deszcz” naprawdę słychać w piosence. Są grzmoty, gitara akustyczna przypomina ulewę dźwięków, Wojtas wali w bębny niczym ciężkie krople wody w kałuże, a drugi gitarzysta tworzy dziwne, wodniste efekty. Pozycja bardzo melancholijna, idealna na morką jesień, na którą wszyscy czekamy.

Następna piosenka jest po angielsku. To „Good Day my Angel”. Chyba najbardziej pamiętam ją z płyty. Cenię za charakterystyczna linie basu i fortepianu oraz za rosnące napięcie. Nastrój jest bardzo depresyjny i uwaga (ulubione słówko zespołu i Piotra Stelmacha) psychodeliczny. Zawsze się zastanawiam co oznacza wrzask kobiety pod koniec utworu i te oddechy? Czy tytułowy anioł został zamordowany?

„Moving Revolution”, Jeszcze raz psychodeliczna wariacja. W tekście ujawniają się filmowe inspiracje zespołu. Jest „Bonnie i Clyde” i „Taxi Driver”. Są cymbały,  gitarzysta jeździ po gryfie za pomocą butelki. Piosenka rozwija się bardzo długo. Ma 7 minut i 48 sekund. Perkusista wybija rytm pędzelkami. Potem ten cały dystyngowany jazzowy klimat „psuje” drapieżna, skrzypiąca gitara i…Bang! Szaleństwo! Wszyscy Grają! Trzęsienie ziemi. Koniec płyty.

Mam dla ciebie zagadkę drogi Ananasie. Oto ona: Dźwięk jakiego instrumentu wieńczy płytę Myslovitz pt. „Myslovitz”? Czekam na Twoją odpowiedź i bardzo przepraszam za dłużyznę.

Pozdrawiam


Dzoana

wtorek, 13 października 2015

Ten, w którym Ananas chodzi na nocki

Siemka,

Się naczekałaś na moją odpowiedź. Sorki. To przez moją głupkowatą cechę odkładania wszystkiego na później, choć muszę powiedzieć, że czasem pod presją czasu wpadam na całkiem dobre pomysły. No ale nie o tym. Fajnie, że obejrzałaś zdjęcia z imprezy, szkoda tylko, że mnie nie zauważyłaś, chociaż jestem widoczna na połowie fotografii. Cóż chyba czas wybrać się do okulisty (starość nie radość) …

Rocio super! Żałuję, że w Polsce nie jest tak wesoło. Gratuluję (albo i nie) pracy. Wiesz, może lepsze to niż nic. Zawsze jest z tego jakaś kasa. A tego weterana słuchawkowego to też znam i powiem Ci, że on przez telefon załatwiłby chyba nawet audiencję u papieża. Na serio! W załatwianiu spraw przez telefon jest niezastąpiony w przeciwieństwie do mnie. Ja tego nie cierpię! I w związku z tym mam nadzieję, iż uda mi się uniknąć call center. 

Ale żeby nie było, że jestem leniem patentowym to opowiem o mojej pracy. Otóż chwilowo jestem na urlopie, ale jednak pracuję :D Nową prackę zaczęłam ok. siedmiu miesięcy temu. Trochę się naczekałam, ale w końcu się udało i na świat przyszedł mój Pierworodny :). No i tak zostałam mamą na pełny etat. Ciężka to praca, ale baaaaardzo wdzięczna. Najgorsze są chyba zmiany nocne (tzw. nocki), bo nie ma ich kiedy odespać, ale banan o poranku na twarzy Młodego wszystko załatwia ;) 

Poza tym mój małżon dzielnie mnie wspiera i we wszystko się angażuje, więc jest git. Jedynie niekiedy zabraknie czasu, żeby odpisać na list, ale moja przyjaciółka jest wspaniałomyślna i na pewno mnie rozumie :D

No, to bym chyba już kończyła, bo właśnie zaczynam nocną zmianę. Na następny list postaram się odpowiedzieć szybciej (choć nie obiecuję). Aaaaa! A tak w ogóle to chciałam powiedzieć, że Twój list (Ten, który jest pikantny) rozbawił mnie do łez ;)

Całuję

Ananas

środa, 7 października 2015

Ten, który jest pikantny

Siema,

Pewnie, że mnie zainteresowałaś tematem! Obejrzałam cały, składający się z ponad 100 zdjęć reportaż z ludowego wesela, na którym byłaś. Co za sielanka i co za pogoda! Od razu mi się skojarzyło z „Panem Tadeuszem”. Ale Ciebie nie mogłam jakoś znaleźć.

Miałam taki pomysł, żeby w odpowiedzi napisać Ci o hiszpańskim folku z Andaluzji, który jest bardzo ciekawy i kolorowy, a którego posmakowałam przy okazji święta maryjnego nazywanego Rocio. W Hiszpanii, tak jak w Polsce bardzo żywy jest kult Maryi, pielęgnuje się także tradycje organizowania ulicznych procesji za figurą. Różnica polega na tym, że Andaluzyjczycy podczas procesji bawią się, a Polacy raczej starają się być poważni. I tak w drodze za figurą można napić się piwa i potańczyć, Maryi śpiewa się, że jest niesamowicie piękna, a kobiety prezentują swoje walory w długich, obcisłych, sukniach z falbanami typu rybka. Czasami ciężko było wyobrazić sobie, jak to jest możliwe, że ta Pani z taką figurą przecisnęła się przez tak wąską kreację! Na dole wklejam Ci zdjęcie średniej jakości. Zobacz sobie te kiecki.

Dość jednak o Rocio. To co teraz najbardziej mnie zajmuje to PRACA. Wpadłam. Jestem w Call Center, choć latami bałam się tego jak ognia. Ale cóż.  O naszej generacji mówi się, że każdy albo kiedyś pracował na słuchawce, albo robi to teraz, albo wkrótce będzie. Teraz moja kolej. Robota jest bardzo niewdzięczna, w praktyce polega na tym, że program dzwoniący non stop wybiera tobie numery a ty – pracownik co mniej więcej 10 sekund przedstawiasz siebie, swoją firmę i czytasz tekst. Oczywiście z ogromnym entuzjazmem i nadzieją w głosie. Potem następuje cisza. Rozmówca w najlepszym wypadku mówi, że jest niezainteresowany ty mu dziękujesz, klikasz myszką i jedziesz dalej.

Mój kumpel z pracy – słuchawkowy weteran radzi: „To tylko praca” i „Kup se tymianek i podbiał na gardło, przyda Ci się”. Co do gardła, pod koniec zmiany - i to jest dobra strona- mam już tą seksowną chrypę, o której zawsze marzyłam.  Jutro lek przyda mi się na pewno, bo całkiem przypadkiem zapisałam się na 7 godzin roboty od rana! Nie wiem jak to przeżyję!  Co do pierwszej rady, staram się trzymać dystans, tylko czasem ciężko jest, jak ktoś Cię zwymyśla, że złodzieje, oszuści, bezwstydnicy dzwoniący po nocach, a w ogóle to co robisz to „takie pierdolenie”. Albo wyśmieje, że czytasz, albo jak jakaś bardzo miła Pani odmówi, nie zdąży odłożyć słuchawki i wypala do męża „Kurwa! Dziady”.

Są też dobre momenty i kulturalni rozmówcy, to naturalne. Każda zakończona sukcesem rozmowa uskrzydla mnie. Na przykład wczoraj wieczorem taki miły pan powiedział że zgodzi się na wysłuchanie mnie do końca i odpowie na wszystkie moje pytania tylko dlatego, że szanuje moją pracę.  Oj jak mi się dobrze zrobiło! Nawet sobie nie wyobrażasz.

Kończę już. Idę relaksować się przed pracą i z niecierpliwością wyczekuję na twoją odpowiedź.

Twoja na zawsze

Dzoana

niedziela, 4 października 2015

Ten, w którym Ananas była na weselu

Dżoano,

Dziękuję za pozdrowienia i to ja przepraszam, że musiałaś tak długo czekać na list ode mnie. Rzeczywiście mnie ośmieliłaś i w końcu postanowiłam do Ciebie napisać.

Gratuluję wycieczki do Warszawy i to w tak międzynarodowym towarzystwie. Pamiętam naszą wycieczkę szkolną do Stolycy (pamiątki gdzieś się jeszcze walają), choć było to ładnych kilkanaście lat temu. Co do pogody i temperatury to trzeba było się przytulić do Hiszpana, a na pewno zrobiłoby Ci się duuużo cieplej ;) A i dzięki za garść faktów na temat miasta.

To może teraz ja pokrótce opowiem Ci gdzie byłam w ten weekend. To miejsce to wioseczka o nazwie Włęcz. Łączy ją jednak coś z Warszawą, a mianowicie położenie nad samą Wisłą. Muszę przyznać, że dawno tak nie odpoczęłam. Las, słońce, przyroda… właśnie to lubię najbardziej. Ale znalazłam się tam z powodu wesela. Pomyślisz pewnie, że to trochę dziwne… wesele w środku lasu i ja jeszcze tam wypoczęłam. A no właśnie, bo to nie była zwykła zabawa, lecz inscenizacja wesela dobrzyńskiego zrekonstruowana przez grupę zapaleńców, którym chce się robić jeszcze coś poza pracą.

Szczerze to ubawiłam się po pachy i nawet potańcowałam, a zabawa trwała do samego rana :D Stół był suto zastawiony, więc coś na ząb też się dla każdego znalazło. A najciekawsze jest to, że wszystko to działo się w starej poolenderskiej chacie, którą ta grupa osób próbuje uratować i wyremontować, gdyż jest ona unikatem. To naprawdę ciekawa historia, lecz nie będę się o niej rozpisywać. Zostawiam to Twojej poszukiwaczej naturze (poszperaj trochę w necie).

Tak w ogóle to po raz kolejny stwierdziłam, że kiedyś ludzie byli chyba szczęśliwsi. Nie twierdzę, że teraz nie są, ale dawniej więcej czasu spędzali razem, nawet całe wioski się spotykały na spontanicznie zorganizowanych zabawach. Zawsze z ogromną ciekawością słucham opowieści moich rodziców z lat dzieciństwa i młodości i trochę im zazdroszczę. Chyba urodziłam się nie w tych czasach co trzeba :D

No dobra trochę przysmęciłam, ale tak mnie jakoś naszło. Drogie dziewcę, mom nadzieja, że Cię trochu zainterysowałam tymatem. Muszę już kuńczyć, bo dziecię mnie woła. (Ciągle jestem na fali ludowej, a w tle przyśpiewki :D)

Ściskam Cię
Ananas

Ps. Trzymaj jeszcze fotkę z wesela i  link do strony stowarzyszenia "Czyż-nie", które zajmuje się ratowaniem chaty we Włęczu. 



piątek, 2 października 2015

Ten, w którym Dzoana była w Warszawie

Drogi Ananasie,

Na początku tego listu pragnę Cię serdecznie pozdrowić i przeprosić, że nie mogłam już dłużej czekać na list od Ciebie (przecież miałaś napisać pierwsza!). Mam nadzieję, że tych parę linijek ośmieli Cię trochę i zainspiruje do skreślenia paru słów do mnie.

Chcę Ci opowiedzieć o mojej wycieczce do Warszawy. Oczywiście jak każdy byłam tam nie raz, czy to z wycieczką szkolną, czy to przejazdem lub po prostu z wizytą u rodziny, ale tym razem zwiedziłam ją bardziej dogłębnie. Po za tym miałam misję specjalną. Pokazać Warszawę osobie z zagranicy, obywatelowi Hiszpanii, tak aby poczuł jej klimat i zechciał tu powrócić, na przykład zasilając poczet warszawskich studentów lub pracowników.

Jak zwykle pogoda nie dopisała. Co prawda czasami świeciło słońce, ale było bardzo zimno. Mówię tu oczywiście o zimnie w pojęciu hiszpańskim, bo było aż 8-16 stopni. No dobra, już Ci się przyznam. To ja byłam tą osobą, która z naszej dwójki zmarzła bardziej i to pomimo kilku warstw, które miałam na sobie: koszulki, termicznej bluzki na długi rękaw, polaru i czasami nawet swetra. Hiszpan miał tylko koszulkę i bluzę i było mu dobrze. Nawet nie wiesz jak ucierpiała moja polska duma!

Pierwszy punkt programu: Pałac Kultury i Nauki, dar narodu radzieckiego i towarzysza Stalina dla Polski. Dla jego budowy zniszczono nie mniej niż 180 budynków, głównie kamienic czynszowych i zmodyfikowano 5 ulic: Chmielną, Złotą, Sienną, Śliską i Pańską. Na tej stronie jak klikniesz, to zobaczysz co było kiedyś na dzisiejszym Placu Defilad. Link

Wjechaliśmy na XXX piętro wieżowca, za co trzeba było zapłacić 20 zł od osoby. Spodziewałam się, że podróż windą będzie trwała wieki, ale niestety od momentu wciśnięcia odpowiedniego przycisku przez elegancką Panią windziarkę, siedzącą na barowym krzesełku do momentu wysiadki minęło zaledwie kilka sekund.  A o tym na jakiej wysokości się znaleźliśmy świadczyło jedynie odczuwalne w uszach ciśnienie. Btw. z wysokością ciśnienie spada czy rośnie? Chyba już nic nie pamiętam z fizy.

Jak będziesz kiedyś w Warszawie to bardzo Ci polecam wjechać tam na górę. Widok jest nieziemski! Jak dużo nowoczesnych budynków! Nie tylko ten glut Złote Tarasy, ale też wieżowce. Jeden wygląda jak żagiel. Po za tym dużo zielonych wysp. Hiszpan stwierdził, że to jest chyba najważniejsza różnica pomiędzy Polską a Zachodem. Zieleń, wdzierająca się do wielkich miast i całkowicie zarastająca wsie i inne pipidówy.

Jedynym minusem tarasu widokowego na Pałacu Kultury są kraty. Spytasz pewnie: Na co one? Już tłumaczę. Według Wikipedii w 1956 rozpoczęła się seria samobójczych skoków z PKiN. Najpierw skoczył Francuz, po nim jeszcze siedmiu Polaków. Straszne to było, więc zamontowano siatki. Teraz bardzo przeszkadzają w robieniu zdjęć i podziwianiu panoramy miasta, ale skoro być może uratowały one kilka osób, to mogę je jakoś zaakceptować.

Pod pałacem stoją żółte Fiaty 125p –kultowe taksówki ze „Zmienników”, którymi można się przejechać. Taka przyjemność kosztuje 100 zł za godzinę. Nie próbowaliśmy. Za drogo. Ale może razem się kiedyś przejedziemy? Jak się podzieli koszty na czterech, będzie taniej.

No nic. Rozpisałam się za bardzo na temat Pałacu. List wydaje się już i tak wystarczająco długi. W następnym może dokończę Ci moją historię z Warszawy. Jak będziesz chciała, oczywiście.
Z niecierpliwością czekam na Twoją odpowiedź. Trzymaj się ciepło.


Dzoana

PS. W kopercie załączam Ci zdjęcie, które z racji zawodowych na pewno Cię zainteresuje. Oto PKiN widziany oczami dziecka, wyróżniony eksponat płacowej wystawy na XXX piętrze.