Ananasie,
Głęboko ubolewam nad Twoimi
nocnymi zmianami. Ale nie martw się. Bezsenność co prawda może nieść za sobą
negatywne skutki zdrowotne, ale tylko jak trwa dłuższy czas, np. 5 lat. Wydaje
mi się, że to Ci chyba nie grozi i że już wkrótce twój Pierworodny sam dojdzie
do wniosku że sen w nocy jest ok.
Ostatnio natknęłam się w radio na
jubileuszowy koncert naszego ulubionego zespołu z czasów nastoletnich - Myslovitz.
Mimo, że nie pochwalam decyzji o kontynuacji dzieła bez Artura Rojka, składam
chłopakom najlepsze życzenia. Ja też postanowiłam uczcić 20 rocznicę powstania
grupy. Zrobiłam to jednak trochę inaczej i sięgnęłam po zakurzoną, pierwszą
płytę w dyskografii zespołu, zatytułowaną „Myslovitz” (1995). Chciałam sprawdzić
jakie wrażenie robi ona na mnie dziś. Polecam Ci też taki eksperyment. Oto moje
obserwacje:
Pierwszy utwór to „Kobieta”. Piosenka
o uwodzeniu, zaśpiewana od początku do końca na dwa głosy, bardzo delikatnie i
z dużą dozą „kobiecego czaru”. Zawsze myślałam, że poezja w tekstach Myslo
pojawiła się później. Myliłam się. Mieli zaledwie po dwadzieścia kilka lat. To
świadczy o wielkim talencie. „Wołasz mnie!” – doskonale pamiętam te słowa
refrenu. Kiedyś bardzo często wykrzykiwałam tę linijkę w pokoju przed lustrem.
„Papierowe skrzydła”. Drugi utwór
wydaje się być bardziej drapieżny. Traktuje o człowieku zafascynowanym życiem
ptaków, który skacze z dachu, po to żeby chociaż przez chwilę poczuć się wolnym.
Finał historii nie zaskakuje: „niezatrzymany, łagodnie upadł”. Piosenka bardzo
ciekawa i niesztampowa, fajnie zmienia się tu tempo i klimat.
Pozycja nr trzy – „Myslovitz”.
Zaraz, zaraz przecież pamiętam tą piosenkę a capella! – pomyślałam. Potem
przypomniałam sobie, że wersja bez instrumentów pojawiła się na płycie „The
Best off”, którą masz na półce. To
powinien być hymn zespołu. Powinni go śpiewać pod koniec na każdym koncercie,
razem z fanami. Wydaje mi się, że to piosenka o marzeniach. Tych odważnych i o patrzeniu
przed siebie. W tamtych czasach chłopcy z
pewnością marzyli o sławie i wielkiej karierze rockowej. Udało im się.
Są dziś legendą i inspiracją dla wielu młodych zespołów. Utwór jest super
szczery, świeży i młodzieńczy. Pamiętasz refren? „Wysoko nad nami pojawia się
blask. Z półmroku, z otchłani wynurza się mgła”.
Kolejny utwór „Zgon”, adekwatnie
do tytułu ma niepokojące intro gitarowe i szybkie tempo. Piosenka przywodzi mi
na myśl środowisko z jakiego wywodzi się zespół. Mysłowice, typowe miasto na
Śląsku. Szarość. Większość mężczyzn to górnicy lub robotnicy. Stereotypowe
skojarzenie – twardzi, silni mężczyźni. Skąd się więc wzięli tam tacy wrażliwi
artyści? Nie wiem. Co to znaczy „uprzedzić własny zgon” i jak to zrobić? Bohaterowie
tekstu – murarze rozwiązują ten problem na dwa sposoby. Albo wracają do łóżek
swoich żon, albo topią smutki w alkoholu, „który zwraca przeszłe chwile”. Miłość lub ucieczka. Innego sposobu nie ma.
„Przedtem” - ballada grana na
gitarze akustycznej. Piękny refren: „Widzę, ja widzę jak uśmiech zamieniony w
słońce wysusza promieniem twe łzy”. Pamiętam, że chciałyśmy to kiedyś śpiewać
na jakimś konkursie. Ale okazało się, że tonacja jest za niska! I do tego to
śmieszne „ho ho ho ho”.
„Krótka piosenka o miłości”. To ta piosenka z akordeonem o kobiecie, która
odchodzi w pewien „szaro-nieśmiały dzień”. Musisz koniecznie namówić
swoją bratanicę, żeby to zagrała i w ten sposób przekazać nasze mysłowickie
dziedzictwo ;).
„Maj”. Tu chyba zaczyna się
spokojniejsza część płyty. Utwór o tajemniczym wielbicielu, który przygotowuje
się na comming-out i z góry zakłada odmowę swojej wybranki. Spokojna, senna piosenka
przemienia się gwałtownie z nadejściem refrenu, za sprawą desperackiego,
głośnego wyznania miłości: „nie pozwól mi oddalić się, zapomnieć”. Pobrzmiewa tu jeszcze nadzieja. Potem wracamy do sennej konwencji.
„Wyznanie”. To tu można zderzyć
się z charakterystyczną dla Myslo „ścianą dźwięku”. Kontrastuje ona bardzo
wyraźnie z kobiecym i bardzo delikatnym głosem Rojka ‘a la druga płyta i
poetyckim tekstem („kwiaty na słońcu”). Piosenka burzy zasadę że poezja wymaga
ciszy. Hałas też jest dla niej dobry.
Potem „nadchodzi deszcz, na
ulicach pusto robi się”. Tytułowy „Deszcz” naprawdę słychać w piosence. Są grzmoty,
gitara akustyczna przypomina ulewę dźwięków, Wojtas wali w bębny niczym ciężkie
krople wody w kałuże, a drugi gitarzysta tworzy dziwne, wodniste efekty. Pozycja
bardzo melancholijna, idealna na morką jesień, na którą wszyscy czekamy.
Następna piosenka jest po
angielsku. To „Good Day my
Angel”. Chyba najbardziej pamiętam ją z płyty. Cenię za charakterystyczna
linie basu i fortepianu oraz za rosnące napięcie. Nastrój jest bardzo
depresyjny i uwaga (ulubione słówko zespołu i Piotra Stelmacha) psychodeliczny.
Zawsze się zastanawiam co oznacza wrzask kobiety pod koniec utworu i te oddechy?
Czy tytułowy anioł został zamordowany?
„Moving Revolution”, Jeszcze raz
psychodeliczna wariacja. W tekście ujawniają się filmowe inspiracje zespołu.
Jest „Bonnie i Clyde” i „Taxi Driver”. Są cymbały, gitarzysta jeździ po gryfie za pomocą butelki.
Piosenka rozwija się bardzo długo. Ma 7 minut i 48 sekund. Perkusista wybija
rytm pędzelkami. Potem ten cały dystyngowany jazzowy klimat „psuje” drapieżna,
skrzypiąca gitara i…Bang! Szaleństwo! Wszyscy Grają! Trzęsienie ziemi. Koniec
płyty.
Mam dla ciebie zagadkę drogi
Ananasie. Oto ona: Dźwięk jakiego instrumentu wieńczy płytę Myslovitz pt. „Myslovitz”?
Czekam na Twoją odpowiedź i bardzo przepraszam za dłużyznę.
Pozdrawiam
Dzoana

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz