czwartek, 15 października 2015

Ten o pewnej psychodelicznej płycie

Ananasie,

Głęboko ubolewam nad Twoimi nocnymi zmianami. Ale nie martw się. Bezsenność co prawda może nieść za sobą negatywne skutki zdrowotne, ale tylko jak trwa dłuższy czas, np. 5 lat. Wydaje mi się, że to Ci chyba nie grozi i że już wkrótce twój Pierworodny sam dojdzie do wniosku że sen w nocy jest ok.

Ostatnio natknęłam się w radio na jubileuszowy koncert naszego ulubionego zespołu z czasów nastoletnich - Myslovitz. Mimo, że nie pochwalam decyzji o kontynuacji dzieła bez Artura Rojka, składam chłopakom najlepsze życzenia. Ja też postanowiłam uczcić 20 rocznicę powstania grupy. Zrobiłam to jednak trochę inaczej i sięgnęłam po zakurzoną, pierwszą płytę w dyskografii zespołu, zatytułowaną „Myslovitz” (1995). Chciałam sprawdzić jakie wrażenie robi ona na mnie dziś. Polecam Ci też taki eksperyment. Oto moje obserwacje:

Pierwszy utwór to „Kobieta”. Piosenka o uwodzeniu, zaśpiewana od początku do końca na dwa głosy, bardzo delikatnie i z dużą dozą „kobiecego czaru”. Zawsze myślałam, że poezja w tekstach Myslo pojawiła się później. Myliłam się. Mieli zaledwie po dwadzieścia kilka lat. To świadczy o wielkim talencie. „Wołasz mnie!” – doskonale pamiętam te słowa refrenu. Kiedyś bardzo często wykrzykiwałam tę linijkę w pokoju przed lustrem.

„Papierowe skrzydła”. Drugi utwór wydaje się być bardziej drapieżny. Traktuje o człowieku zafascynowanym życiem ptaków, który skacze z dachu, po to żeby chociaż przez chwilę poczuć się wolnym. Finał historii nie zaskakuje: „niezatrzymany, łagodnie upadł”. Piosenka bardzo ciekawa i niesztampowa, fajnie zmienia się tu tempo i klimat.

Pozycja nr trzy – „Myslovitz”. Zaraz, zaraz przecież pamiętam tą piosenkę a capella! – pomyślałam. Potem przypomniałam sobie, że wersja bez instrumentów pojawiła się na płycie „The Best off”, którą masz na półce. To powinien być hymn zespołu. Powinni go śpiewać pod koniec na każdym koncercie, razem z fanami. Wydaje mi się, że to piosenka o marzeniach. Tych odważnych i o patrzeniu przed siebie. W tamtych czasach chłopcy  z  pewnością marzyli o sławie i wielkiej karierze rockowej. Udało im się. Są dziś legendą i inspiracją dla wielu młodych zespołów. Utwór jest super szczery, świeży i młodzieńczy. Pamiętasz refren? „Wysoko nad nami pojawia się blask. Z półmroku, z otchłani wynurza się mgła”.

Kolejny utwór „Zgon”, adekwatnie do tytułu ma niepokojące intro gitarowe i szybkie tempo. Piosenka przywodzi mi na myśl środowisko z jakiego wywodzi się zespół. Mysłowice, typowe miasto na Śląsku. Szarość. Większość mężczyzn to górnicy lub robotnicy. Stereotypowe skojarzenie – twardzi, silni mężczyźni. Skąd się więc wzięli tam tacy wrażliwi artyści? Nie wiem. Co to znaczy „uprzedzić własny zgon” i jak to zrobić? Bohaterowie tekstu – murarze rozwiązują ten problem na dwa sposoby. Albo wracają do łóżek swoich żon, albo topią smutki w alkoholu, „który zwraca przeszłe chwile”.  Miłość lub ucieczka. Innego sposobu nie ma.

„Przedtem” - ballada grana na gitarze akustycznej. Piękny refren: „Widzę, ja widzę jak uśmiech zamieniony w słońce wysusza promieniem twe łzy”. Pamiętam, że chciałyśmy to kiedyś śpiewać na jakimś konkursie. Ale okazało się, że tonacja jest za niska! I do tego to śmieszne „ho ho ho ho”.  

„Krótka piosenka o miłości”.  To ta piosenka z akordeonem o kobiecie, która odchodzi w pewien „szaro-nieśmiały dzień”. Musisz koniecznie namówić swoją bratanicę, żeby to zagrała i w ten sposób przekazać nasze mysłowickie dziedzictwo ;).

„Maj”. Tu chyba zaczyna się spokojniejsza część płyty. Utwór o tajemniczym wielbicielu, który przygotowuje się na comming-out i z góry zakłada odmowę swojej wybranki. Spokojna, senna piosenka przemienia się gwałtownie z nadejściem refrenu, za sprawą desperackiego, głośnego wyznania miłości: „nie pozwól mi oddalić się, zapomnieć”. Pobrzmiewa tu jeszcze nadzieja. Potem wracamy do sennej konwencji.

„Wyznanie”. To tu można zderzyć się z charakterystyczną dla Myslo „ścianą dźwięku”. Kontrastuje ona bardzo wyraźnie z kobiecym i bardzo delikatnym głosem Rojka ‘a la druga płyta i poetyckim tekstem („kwiaty na słońcu”). Piosenka burzy zasadę że poezja wymaga ciszy. Hałas też jest dla niej dobry.   

Potem „nadchodzi deszcz, na ulicach pusto robi się”. Tytułowy „Deszcz” naprawdę słychać w piosence. Są grzmoty, gitara akustyczna przypomina ulewę dźwięków, Wojtas wali w bębny niczym ciężkie krople wody w kałuże, a drugi gitarzysta tworzy dziwne, wodniste efekty. Pozycja bardzo melancholijna, idealna na morką jesień, na którą wszyscy czekamy.

Następna piosenka jest po angielsku. To „Good Day my Angel”. Chyba najbardziej pamiętam ją z płyty. Cenię za charakterystyczna linie basu i fortepianu oraz za rosnące napięcie. Nastrój jest bardzo depresyjny i uwaga (ulubione słówko zespołu i Piotra Stelmacha) psychodeliczny. Zawsze się zastanawiam co oznacza wrzask kobiety pod koniec utworu i te oddechy? Czy tytułowy anioł został zamordowany?

„Moving Revolution”, Jeszcze raz psychodeliczna wariacja. W tekście ujawniają się filmowe inspiracje zespołu. Jest „Bonnie i Clyde” i „Taxi Driver”. Są cymbały,  gitarzysta jeździ po gryfie za pomocą butelki. Piosenka rozwija się bardzo długo. Ma 7 minut i 48 sekund. Perkusista wybija rytm pędzelkami. Potem ten cały dystyngowany jazzowy klimat „psuje” drapieżna, skrzypiąca gitara i…Bang! Szaleństwo! Wszyscy Grają! Trzęsienie ziemi. Koniec płyty.

Mam dla ciebie zagadkę drogi Ananasie. Oto ona: Dźwięk jakiego instrumentu wieńczy płytę Myslovitz pt. „Myslovitz”? Czekam na Twoją odpowiedź i bardzo przepraszam za dłużyznę.

Pozdrawiam


Dzoana

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz